Miano ulubieńca wpływa znacząco na podejście właściciela do swego zwierzęcia. To co ulubione jest ważne i szczególne, a zatem cenne i wymagające nietypowej uwagi. Tym bardziej pupil jest wart szczególnie skomplikowanego nastawienia i działania – jest wszak żywym tworem i wchodzi ze swym właścicielem w interakcje. Owa wyjątkowa zażyłość – uświadomiona mocno u posiadacza kota – skłania do niezwykłej uwagi. Toteż miłośnik swego kota z zaangażowaniem oddaje się obserwacji pupila i ze sporą dozą satysfakcji odkrywa niuanse kociej psychiki manifestującej się w różnych działaniach lub ich zaniechaniu. W ślad za tym idzie oczywiście szereg reakcji emocjonalnych właściciela, które rozkładają się po dwóch stronach skrajności – od głębokiej irytacji po uwielbienie, u niektórych miłośników kotowatych sięgające apoteozy. Niezaprzeczalną korzyścią wynikającą z tej huśtawki nastrojów jest pogłębiająca się tolerancja na zachowania kocie i własne oraz stopniowo przyrastająca wiedza. Rzecz jasna wiedza jest koniecznością, gdyż bez niej kot może być/jest traktowany przez pryzmat potocznych wyobrażeń, a często i przesądów, które zubażają relacje właściciela z kotem i mogą być zarzewiem źle ukierunkowanych emocji, które rzecz jasna uderzyć mogą w kota. Niski poziom świadomości, co do natury kotów skutkuje często myśleniem o nich w kategoriach pejoratywnych – głupie, wredne, cwane itp. – lub zgoła odwrotnie – kot zyskuje rangę człowieczą lub, jak pisałam wyżej znacznie większą, bo graniczącą z ubóstwieniem. Nie chcę tutaj skupiać nadmiernej uwagi na skrajnościach, chociaż nie sposób przy tej okazji o tym nie wspomnieć. W każdym razie – podkreślam to ponownie – istotną sprawą jest świadomość oparta na wiedzy, by właściciel mógł stosownie patrzeć na swego pupila. W przypadku osoby rozwijającej swój arsenał wiadomości o naturze kotów jest często tak, że początkowa irytacja na niezrozumiałe zachowania milusińskiego zaczyna ewoluować w stronę akceptacji tegoż początkowego „dziwactwa” i wypierać gniew i nietolerancję na rzecz zdziwienia, tolerancji i wręcz oczekiwania na dane reakcje zwierzaka. Przyrost wiedzy skłania do istotnej reformy optyki u właściciela kota na jego „fanaberie”, toteż sam właściciel zaczyna z zadowoleniem dostrzegać swoją dotychczasową ignorancję i tym samym postępujący mentalny rozwój, co oczywiście skutkuje satysfakcją i motywacją do dalszych obserwacji, a nawet pogłębionych analiz w oparciu o literaturę przedmiotu. Kot wówczas jawi się jako istota niesłychanie wrażliwa oraz reformowalna, co pozwala skutecznie oddziaływać na jego – wydawać by się mogło niezmienne z założenia – zachowania. to z kolei pociąga za sobą uczucie, że kot jest niemal partnerską istotą, gdyż udaje się nad nim sprawować swego rodzaju kontrolę z korzyścią dla obu stron. Owo świadome egzystowanie z tak postrzeganym pupilem niejako wymusza dostrzeganie jego potrzeb, a te, z upływem czasu i wraz pogłębionym o wiedzę doświadczeniem, stają się coraz jaśniejsze i oczywistsze. Owa klarowność skłania właściciela do bezzwłocznej interwencji, począwszy od spraw błahych – otworzenie kotu drzwi w nocy, gdy w nie drapie, bo ma ochotę przejść się do innego pomieszczenia, itp. – po znacznie poważniejsze i wymagające zaangażowania większego wysiłku psychicznego i fizycznego – świerzb w uszach, pchły, robaki, przepuklina itp. Zaangażowanie w świadome działania na rzecz kota niesie ze sobą pewną konsekwencję. Oto człowiek powtarzający zachowania opiekuńcze podbudowane rosnąca świadomością wytwarza swego rodzaju wzór – etos – postępowania. Właściciel kota działa wtedy szybciej, bardziej „na nos”, gdyż schematyczność pewnych wymogów opiekuńczych nie budzi już zadumy, a jedynie konsternację człowieka znającego konkretne formy reagowania w określonej sytuacji. Rzecz jasna owa rutyna nie ma nic wspólnego niewrażliwością u kochającego właściciela swego pupila, a jest jedynie wyuczoną reakcją na znane sytuacje i problemy/potrzeby. Niekiedy wymagania tej relacji są dość uciążliwe, szczególnie w niedogodnej sytuacji nadmiaru obowiązków życiowych. Dla przykładu kot, który wymiotuje i chwilę potem załatwia się nie do kuwety, ale w korytarzu może irytować, a zwłaszcza wtedy, gdy trzeba się spieszyć do pracy, przed którą konieczne jest zawiezienie dziecka do przedszkola. Rysująca się w perspektywie wizyta u weterynarza, do którego należy jechać godzinę przez zakorkowane ulice miasta też nie napawa optymizmem. A gdy sam właściciel kota odczuwa, że poza stresem chyba łapie go grypa, wtedy obowiązek opieki nad pupilem może wydać się mordęgą. Albo posiadacz hodowli kotów rasowych budząc się w nocy, bo milusińska kotka „trajkocze” i nie może znaleźć sobie miejsca, stwierdza, że oto nadeszła chwila, gdy będzie konieczne zorganizowanie wyjazdu do zaprzyjaźnionej hodowli, by pokryć kotkę w rui, a tak się akurat składa, że owa współpraca między hodowlami wiąże się z pokonaniem dystansu 250 km, tylko po to, by kotkę zostawić na kilka dni, a następnie powtórzyć całą eskapadę celem odebrania kici. Dodatkową frustracją może być zablokowanie kotki przez pokrycie, lecz, jak ma się okazać po oględzinach USG, bez rezultatu zapłodnienia – problem ten wychodzi po około miesiącu od pokrycia. Taki obrót spraw wymaga ponownego oczekiwania na ruję kotki i, jeśli hodowca nadal nie posiada własnego kocura, lub nie chce go mieć, kolejnego wyjazdu z płodną kicią do zaprzyjaźnionej hodowli oddalonej o 250 km. Druga podróż jest już bardziej męcząca psychicznie, bowiem wiąże się ze stresem kotki, a świadomość tego faktu wpływa na właściciela, gdyż ten wie, że ów stres może wpłynąć na płodność pupila itd. Nawet wielka miłość do kotów nie rozjaśni przypadkowych lub oczekiwanych, lecz niemożliwych do ogarnięcia mroków bliskości z kotem/kotami.

Właściciel - pupil. Specyfika relacji, cz. 1

24 lipca 2020

WROĆ DO BLOGA